Święta w Irlandii nie byłyby świętami bez The Pouges, Kirsty McColl i ich nowojorskiej baśni.
Wesołych Świąt Bożego Narodzenia dla wszystkich, którzy jakimś trafem zbłądzili na ten blog.
środa, 23 grudnia 2009
Profesor UCD: Irlandzkie banki są bankrutami
Profesor Morgan Kelly z UCD zaprezentował dość jednoznaczną w swej wymowie ocenę irlandzkiego systemu bankowego.
Strategia lokalnych banków polegajaca pozyskiwaniu kapitału na rynku międzybankowym, aby w ten sposób sfinansować kredyty hipoteczne na wyspie nie jest już wiarygodna. Model ten przyniósł trzy powiązane ze sobą problemy:
1. Olbrzymie straty na kredytach dla deweloperów.
2. Znaczna zależność od dostępności finansowania na rynku międzybankowym.
3. Duże prawdopodobieństwo wzrostu niespłacanych kredytów.
Jak duże są to problemy? Zacznijmy od cen nieruchomości, które według analizie profesora spadną, aż o dwie-trzecie. Do dzisiaj korekta wynosi około 40%, a więc jesteśmy w połowie drogi. Jeśli taki scenariusz się sprawdzi, a potem ceny mieszkań będą rosły zgodnie ze wzrostem dochodów ludności to potrzeba będzie 50-ciu lat na osiągnięcie cen z 2006 roku.
Irlandzkie banki finanoswały kredyty pożyczając pieniądze na rynku międzybankowym.
Poniższy wykres przedstawia jak zmieniała się struktura zobowiązań.
Dziesięć lat temu głównym źródłem kapitału były depozyty. Później banki zaczęły odważniej korzystać z obligacji i rynku międzybankowego.. W chwili obecnej nie ma zbyt wielu chętnych na kupno obligacji AIB czy Bank of Ireland w związku z czym zmuszone są one liczyć na łaskawość Europejskiego Banku Centralnego. Zarówno ECB jak i rynek międzybankowy stanowią połowę zobowiązań. Nie jest to dobra sytuacja, gdyż oba źródła ze względu na swoją krótkoterminowość utrudniają przewidywanie kosztów. Widzieliśmy jak LIBOR wystrzlił w górę przed bankructwem Lehman Brothers. Światowe finanse wciąż nie są oazą spokoju więc nie można wykluczyć kolejnych zawirowań. Jeśli duże gospodarki strefy Euro zaczną wychodzić z recesji, powstanie presja na ECB co do zacieśniania polityki pieniężnej i kończenia z kryzysowymi procedurami jakie ta instytucja wprowadziła, aby pomóc instytucjom finansowym.
Tak czy inaczej koszty finansowania wzrosły. Z drugiej strony natomiast fakt, że w ostatnich latach spora część umów hipotecznych ustalała oprocentowanie kredytów ściśle związane ze stopami procentowymi Europejskiego Banku Centralnego twardo ogranicza możliwości banków przeniesienia kosztów na klienta. Rezultat jest taki, że spora część kredytów hipotecznych, nawet jeśli raty są spłacane terminowo, będzie przynosiła bankowi straty przez długie lata.
Irlandia ma drakońskie prawo dotyczące osobistego bankructwa. Niespłacanie kredytu może zakończyć się więzieniem. Tu leży cała nadzieja banków, że Irlandczycy mimo wszystko będą spłacali kredyty, które są warte więcej niż nieruchomość. Takiego dylematu nie będą mieli obcokrajowcy, którzy w ostatnich latach podłączyli się do boomu. Zamiast spłacać niewolniczy kredyt, po prostu wyjadą zostawiając klucze kredytodawcom.
Dotychczasowy wysiłek ratowania banków postawił Irlandzkie państwo na skraju bankructwa. Pomimo tego banki pozostają żywymi trupami istniejącymi tylko dzięki rządowej kroplówce i łaskawości ECB. Nie ma mowy o jakiejkolwiek zwiększaniu dostępności kredytów, tutejsze instytucje finansowe myślą jedynie o redukcji własnych zobowiązań. Kolejne, nawet skromne straty na hipotekach z łatwością wystarczą, je wykończyći. Rząd, który zrobił wszystko co w swojej mocy dla ich ratowania, będzie mógł się tylko bezradnie przyglądać jak druga fala przecen na rynku nieruchomości je ostatecznie utopi.
Autor rozwiewa również mit, że brak możliwości ustalania stóp procentowych nadmuchały bańkę spekulacyjną. Kelly zwraca uwagę, że o wiele większy wpływ miał gwałtowny wzrost rozmiarów przeciętnej pożyczki w stosunku do zarobków, gdzie regulator z łatwością mógłby wprowadzić ograniczenia. Podczas gdy historycznie wielkość kredytu wahała się w okolicach 4-ro krotności rocznych dochodów, w 2006 średna cena domu stanowiła już 10-cio krotność zarobków. Jeszcze gorzej sytuacja wyglądała w Dublinie, gdzie ten stosunek wzrósł do 17.
Jaki z tego wniosek dla nas? W Polsce mieliśmy swój mini-boom mieszkaniowy i będziemy mieli korektę, gdyż ceny wyskoczyły zbyt daleko przed zarobki. Na szczęście rozmiary bańki nigdy nie były tak olbrzymie jak w Irlandii. Nie mieliśmy tyle czasu i mimo wszystko chyba jednak banki w Polsce są nieco ostrożniejsze. Dodatkową rolę hamulca odgrywa Komisja Nadzoru Finansowego, która w przeciwieństwie do irlandzkiego odpowiednika jest skłonna do dyscyplinujących działań.
Strategia lokalnych banków polegajaca pozyskiwaniu kapitału na rynku międzybankowym, aby w ten sposób sfinansować kredyty hipoteczne na wyspie nie jest już wiarygodna. Model ten przyniósł trzy powiązane ze sobą problemy:
1. Olbrzymie straty na kredytach dla deweloperów.
2. Znaczna zależność od dostępności finansowania na rynku międzybankowym.
3. Duże prawdopodobieństwo wzrostu niespłacanych kredytów.
Jak duże są to problemy? Zacznijmy od cen nieruchomości, które według analizie profesora spadną, aż o dwie-trzecie. Do dzisiaj korekta wynosi około 40%, a więc jesteśmy w połowie drogi. Jeśli taki scenariusz się sprawdzi, a potem ceny mieszkań będą rosły zgodnie ze wzrostem dochodów ludności to potrzeba będzie 50-ciu lat na osiągnięcie cen z 2006 roku.
Irlandzkie banki finanoswały kredyty pożyczając pieniądze na rynku międzybankowym.
Poniższy wykres przedstawia jak zmieniała się struktura zobowiązań.
Tak czy inaczej koszty finansowania wzrosły. Z drugiej strony natomiast fakt, że w ostatnich latach spora część umów hipotecznych ustalała oprocentowanie kredytów ściśle związane ze stopami procentowymi Europejskiego Banku Centralnego twardo ogranicza możliwości banków przeniesienia kosztów na klienta. Rezultat jest taki, że spora część kredytów hipotecznych, nawet jeśli raty są spłacane terminowo, będzie przynosiła bankowi straty przez długie lata.
Irlandia ma drakońskie prawo dotyczące osobistego bankructwa. Niespłacanie kredytu może zakończyć się więzieniem. Tu leży cała nadzieja banków, że Irlandczycy mimo wszystko będą spłacali kredyty, które są warte więcej niż nieruchomość. Takiego dylematu nie będą mieli obcokrajowcy, którzy w ostatnich latach podłączyli się do boomu. Zamiast spłacać niewolniczy kredyt, po prostu wyjadą zostawiając klucze kredytodawcom.
Dotychczasowy wysiłek ratowania banków postawił Irlandzkie państwo na skraju bankructwa. Pomimo tego banki pozostają żywymi trupami istniejącymi tylko dzięki rządowej kroplówce i łaskawości ECB. Nie ma mowy o jakiejkolwiek zwiększaniu dostępności kredytów, tutejsze instytucje finansowe myślą jedynie o redukcji własnych zobowiązań. Kolejne, nawet skromne straty na hipotekach z łatwością wystarczą, je wykończyći. Rząd, który zrobił wszystko co w swojej mocy dla ich ratowania, będzie mógł się tylko bezradnie przyglądać jak druga fala przecen na rynku nieruchomości je ostatecznie utopi.
Autor rozwiewa również mit, że brak możliwości ustalania stóp procentowych nadmuchały bańkę spekulacyjną. Kelly zwraca uwagę, że o wiele większy wpływ miał gwałtowny wzrost rozmiarów przeciętnej pożyczki w stosunku do zarobków, gdzie regulator z łatwością mógłby wprowadzić ograniczenia. Podczas gdy historycznie wielkość kredytu wahała się w okolicach 4-ro krotności rocznych dochodów, w 2006 średna cena domu stanowiła już 10-cio krotność zarobków. Jeszcze gorzej sytuacja wyglądała w Dublinie, gdzie ten stosunek wzrósł do 17.
Jaki z tego wniosek dla nas? W Polsce mieliśmy swój mini-boom mieszkaniowy i będziemy mieli korektę, gdyż ceny wyskoczyły zbyt daleko przed zarobki. Na szczęście rozmiary bańki nigdy nie były tak olbrzymie jak w Irlandii. Nie mieliśmy tyle czasu i mimo wszystko chyba jednak banki w Polsce są nieco ostrożniejsze. Dodatkową rolę hamulca odgrywa Komisja Nadzoru Finansowego, która w przeciwieństwie do irlandzkiego odpowiednika jest skłonna do dyscyplinujących działań.
Tagi:
irlandia,
nieruchomości
wtorek, 22 grudnia 2009
Pożar w browarze
Gdy wydawało się, że wszystko co najgorsze w tym roku już za nami.
Na szczęście strażacy stanęli na wysokości zadania ratując Irlandię przed katastrofą.
Na szczęście strażacy stanęli na wysokości zadania ratując Irlandię przed katastrofą.
poniedziałek, 21 grudnia 2009
Pomoc dla uchodźców
Jeśli, ktoś z okazji Bożego Narodzenia chce pomóc innym to polecam akcję Polskiej Akcji Humanitarnej pomagającej uchodźcom w naszym kraju. Niedawne wydarzenia pokazały w jak liche warunki panują w przeznaczonych dla nich ośrodkach. Może, ze względu, że sam mieszkam za granicą wiem jak potrzebna jest pryjazna dusza, która wyjaśni zawiłości biurokracji, pomoże przygotować dokumenty, przybliży kulturę i zwyczaje tubylców. To pierwszy krok ku nauce języka, zdobyciu pracy, mieszkania, usamodzielnieniu się. Bez tego zamiast integracji będziemy mieli getta, wzajemną nieufność, rasizm i nacjonalizm. Naprawdę wierzę,że tak jak Irlandia stała się lepszym krajem dzięki osiedlającym się tu Anglikom, Polakom, Hindusom, czy Chińczykom, tak również w interesie Polaków jest, abyśmy wysłali jednoznaczny sygnał, że nie pozostawiamy potrzebujących samym sobie. Nie pozwólmy, aby powiedzenie 'Gość w dom, Bóg w dom' zostało tylko pustymi słowami.
Wpłat można dokonywać tutaj.
Tagi:
polska akcja humanitarna,
uchodźcy
niedziela, 20 grudnia 2009
Wojna cenowa i dylemat więźnia
Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego firmy oferują 'Gwarancję najniższej ceny' polegającej na tym że zwracają klientowi różnicę jeśli ten znajdzie ten sam produkt po niższej cenie u konkurencji? Oczywisty motyw jaki przychodzi nam do głowy to dążenie sklepu do jak najszybszego zamknięcia transakcji, poprzez gwarancję dla klienta. Czy może jest tutaj również drugie dno?
Załóżmy, że rynek AGD w Warszawie jest podzielony między dwie sieci handlowe: Saturn i MediaMarkt. Każda z firm może ustalić ceny wysokie lub niskie. Jeśli obie firmy reklamują niskie ceny, to każda zarobi 2 mln zł, Jeśli obie ustalą wysokie ceny to każda z nich zyska 3 mln zł. W końcu jeśli jedna z nich ustali wysokie, a druga niskie ceny wszyscy klienci kupią w tańszym sklepie, który w tym przypadku zarobi 4 mln zł, a konkurencja zostanie z niczym.

Tak więc sytuacja powyższa jest klasycznym przykładem dylematu więźnia. Reklama i sprzedaż po niskich cenach jest dominującą strategią, aczkolwiek zarówno Saturn jak i MediaMarkt byłyby w lepszej sytuacji, gdyby obie firmy ustaliły ceny na wysokim poziomie.
Jak można wyrwać się z wojny cenowej? Spójrzmy co stanie się, gdy obie firmy wprowadzą gwarancję najniższej ceny. Gwarancja spowoduje, że firma może postawić na wysokie ceny bez jednoczesnego ryzyka, utraty wszystkich klientów jeśli konkurent wybierze strategię niskich cen.
Struktura zmodyfikowanej gry przedstawia się następująco:
W tym przypadku equilibrum Nasha przesunie się w kierunku strategii gwarantującej zwrot różnicy jeśli cena u konkurencji jest niższa. Obie firmy zarobią po 3 mln zł - więcej niż w początkowym scenariuszu.
Gwarancja działa podobnie do kary, za dumping cenowy. Poprzez gwarancję Saturn znacząco zmniejsza skuteczość reklamy tanich cen przez MediaMarkt. Wobec tego w interesie obu firm jest ustalenie cen na wysokim poziomie. Każda z firm jest w lepszej sytuacji, za to klient stracił możliwość kupna lodówki po naprawdę okazyjnej cenie.
Załóżmy, że rynek AGD w Warszawie jest podzielony między dwie sieci handlowe: Saturn i MediaMarkt. Każda z firm może ustalić ceny wysokie lub niskie. Jeśli obie firmy reklamują niskie ceny, to każda zarobi 2 mln zł, Jeśli obie ustalą wysokie ceny to każda z nich zyska 3 mln zł. W końcu jeśli jedna z nich ustali wysokie, a druga niskie ceny wszyscy klienci kupią w tańszym sklepie, który w tym przypadku zarobi 4 mln zł, a konkurencja zostanie z niczym.

Tak więc sytuacja powyższa jest klasycznym przykładem dylematu więźnia. Reklama i sprzedaż po niskich cenach jest dominującą strategią, aczkolwiek zarówno Saturn jak i MediaMarkt byłyby w lepszej sytuacji, gdyby obie firmy ustaliły ceny na wysokim poziomie.
Jak można wyrwać się z wojny cenowej? Spójrzmy co stanie się, gdy obie firmy wprowadzą gwarancję najniższej ceny. Gwarancja spowoduje, że firma może postawić na wysokie ceny bez jednoczesnego ryzyka, utraty wszystkich klientów jeśli konkurent wybierze strategię niskich cen.
Struktura zmodyfikowanej gry przedstawia się następująco:
W tym przypadku equilibrum Nasha przesunie się w kierunku strategii gwarantującej zwrot różnicy jeśli cena u konkurencji jest niższa. Obie firmy zarobią po 3 mln zł - więcej niż w początkowym scenariuszu.
Gwarancja działa podobnie do kary, za dumping cenowy. Poprzez gwarancję Saturn znacząco zmniejsza skuteczość reklamy tanich cen przez MediaMarkt. Wobec tego w interesie obu firm jest ustalenie cen na wysokim poziomie. Każda z firm jest w lepszej sytuacji, za to klient stracił możliwość kupna lodówki po naprawdę okazyjnej cenie.
Tagi:
teoria gier
sobota, 19 grudnia 2009
piątek, 18 grudnia 2009
Polityka prorodzinna
Jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale z Ministerstwa Pracy w końcu zaczynają wychodzić rozsądne pomysły, adresujące realne przyczyny dla których młodzi ludzie odwlekają decyzję o założeniu rodziny. Kwestia tylko czy i jak szybko przejdziemy od słów do czynów. Pośpiech wskazany, gdyż jako społeczeństwo starzejemy się w oszałamiającym tempie.
Żłobki nie będą uznawane za ZOZ-y, co zniesie całą masę przepisów koniecznych, aby mogły legalnie działać. Ustawa przewiduje również instytucję niani, która będzie mogła się zajmować się kilkorgiem dzieci sąsiadów.
No i słuszna determinacja, aby polityka prorodzinna była uniwersalna. Kilka miesięcy temu Michał Syska świetnie podsumował zalety takiego podejścia:
"To, że wszyscy - niezależne od statusu majątkowego - mogą korzystać z gwarantowanych przez państwo usług publicznych, powoduje zasypywanie podziałów społecznych oraz wspólną troskę o dobro wspólne."
Żłobki nie będą uznawane za ZOZ-y, co zniesie całą masę przepisów koniecznych, aby mogły legalnie działać. Ustawa przewiduje również instytucję niani, która będzie mogła się zajmować się kilkorgiem dzieci sąsiadów.
No i słuszna determinacja, aby polityka prorodzinna była uniwersalna. Kilka miesięcy temu Michał Syska świetnie podsumował zalety takiego podejścia:
"To, że wszyscy - niezależne od statusu majątkowego - mogą korzystać z gwarantowanych przez państwo usług publicznych, powoduje zasypywanie podziałów społecznych oraz wspólną troskę o dobro wspólne."
Tagi:
demografia,
polityka prorodzinna
niedziela, 13 grudnia 2009
Geneza rynku mieszkaniowego w Polsce
Obszerna analiza polskiego rynku mieszkaniowego w Gazecie przedstawia w ponurych barwach możliwości nabywcze Polaków na przestrzeni ostatniego 20-lecia. Autor trafnie podkreśla, że tak naprawdę o dostępności w długim terminie decyduje stosunek ceny mieszkania do zarobków, a nie koszt i dostępność kredytu:
"Skutkiem tego nabycie mieszkania przez statystycznego "Kowalskiego" z każdym rokiem, licząc mniej więcej od połowy ubiegłej dekady, stanowi coraz większy problem, choć sam "Kowalski" prawdopodobnie nie zawsze do końca zdaje sobie sprawę z jego meritum. Zazwyczaj rozumuje on w ten sposób, że mieszkanie jest tym bardziej dostępne im bardziej dostępny jest kredyt w banku. Natomiast gdy bank grymasi przy jego przyznawaniu, to cenowa dostępność mieszkanie jest kiepska. Z kolei jakiekolwiek współczynniki dostępności pozostają w sferze abstrakcji."
Ograniczony rynek kredytów hipotecznych w latach 1995-2000 sprawił, że większość mieszkań była sprzedawana za gotówkę, co znacznie ograniczało możliwości windowania cen. W efekcie średnia miesięczna pensja starczała na zakup 2-ch m2. Od tamtego okresu, wraz z rozwojem rynku kredytowego obserwujemy systematyczny zjazd wskaźników dostępnośći:
"W latach 2000-2004 średnia cena mkw. mieszkania zawierała się już w przedziale od 2991 do 3307 PLN (za redNET Consulting), co plasowało wskaźnik dostępności cenowej jeszcze w okolicach 0.8-0,7. Ostatecznie zainicjowany w roku 2004 boom wywindował średnią cenę mkw. do prawie 7600 PLN trzy lata później, sprowadzając wskaźnik w rejony wartości 0,4, gdzie właściwie utkwił on na dobre po dzień dzisiejszy."
Autor wylewa wiadro zimnej wody na głowy skłonnych uwierzyć, że korekta na rynku nieruchomości już się zakończyła:
"Albo zapytajmy inaczej: czy 10-12 proc. korekta dwustuprocentowego wzrostu cen mieszkań z ostatnich kilku lat w pełni wyczerpuje regulacyjne możliwości polskiego rynku nieruchomości? I jeszcze jedno: jeżeli w Polsce wskaźnik dostępności cenowej mieszkań jest obecnie rzeczywiście na poziomie mniejszym niż 0,4, to jaką wartość miałby osiągnąć po czekającej nas rzekomo kolejnej fali wzrostów cen?"
Polecam całość w Gazecie.pl.
"Skutkiem tego nabycie mieszkania przez statystycznego "Kowalskiego" z każdym rokiem, licząc mniej więcej od połowy ubiegłej dekady, stanowi coraz większy problem, choć sam "Kowalski" prawdopodobnie nie zawsze do końca zdaje sobie sprawę z jego meritum. Zazwyczaj rozumuje on w ten sposób, że mieszkanie jest tym bardziej dostępne im bardziej dostępny jest kredyt w banku. Natomiast gdy bank grymasi przy jego przyznawaniu, to cenowa dostępność mieszkanie jest kiepska. Z kolei jakiekolwiek współczynniki dostępności pozostają w sferze abstrakcji."
Ograniczony rynek kredytów hipotecznych w latach 1995-2000 sprawił, że większość mieszkań była sprzedawana za gotówkę, co znacznie ograniczało możliwości windowania cen. W efekcie średnia miesięczna pensja starczała na zakup 2-ch m2. Od tamtego okresu, wraz z rozwojem rynku kredytowego obserwujemy systematyczny zjazd wskaźników dostępnośći:
"W latach 2000-2004 średnia cena mkw. mieszkania zawierała się już w przedziale od 2991 do 3307 PLN (za redNET Consulting), co plasowało wskaźnik dostępności cenowej jeszcze w okolicach 0.8-0,7. Ostatecznie zainicjowany w roku 2004 boom wywindował średnią cenę mkw. do prawie 7600 PLN trzy lata później, sprowadzając wskaźnik w rejony wartości 0,4, gdzie właściwie utkwił on na dobre po dzień dzisiejszy."
Autor wylewa wiadro zimnej wody na głowy skłonnych uwierzyć, że korekta na rynku nieruchomości już się zakończyła:
"Albo zapytajmy inaczej: czy 10-12 proc. korekta dwustuprocentowego wzrostu cen mieszkań z ostatnich kilku lat w pełni wyczerpuje regulacyjne możliwości polskiego rynku nieruchomości? I jeszcze jedno: jeżeli w Polsce wskaźnik dostępności cenowej mieszkań jest obecnie rzeczywiście na poziomie mniejszym niż 0,4, to jaką wartość miałby osiągnąć po czekającej nas rzekomo kolejnej fali wzrostów cen?"
Polecam całość w Gazecie.pl.
Tagi:
mieszkania,
nieruchomości
piątek, 11 grudnia 2009
Sesja i irlandzki Budżet
Trochę zaniedbałem blog. Sesja egzaminacyjna sprawia, że większość czasu spędzałem w książkach. Wczoraj pisałem ostatni w tym roku egzamin z 'Zarządzania Globalną Strategią'. Potem, co staje się tradycją, cały rok świętował koniec sesji najpierw w pubie Sheehan's, a później w Bruxelles w centrum Dublina. Nic dziwnego, że głowa dzisiaj nieco ciężka.
Wśród egzaminacyjnej gorączki, niemal dla mnie niepostrzeżenie przetoczył się przez irlandzki parlament budżet na rok 2010. Minister Finansów Brian Lenihan zdecydował się na cięcie płac w sektorze publicznym i obniżenie świadczeń socjalnych, aby ratować kraj przed wymykającym się z pod kontroli deficytem budżetowym. Oszczędności w wysokości 4 miliardów Euro to początek drogi ku zamknięciu 20 miliardowej przepaści między dochodami, a wydatkami państwa. Planowany przysłoroczny deficyt to, aż 11.6% PKB. Irlandia ma czas do 2014 roku, aby zmniejszyć go do 3% wymaganych przez pakt stabilizacji i rozwoju.
Wspomniane wyżej cięcie płac odbyło się po zerwaniu negocjacji ze związkami zawodowymi, więc w nowym roku należy przygotować się na falę strajków w urzędach, szkołach, szpitalach.
Jedynie piwosze mogą się cieszyć z niższej akcyzy na alkohole. Cena Guinnessa powinna spaść o 12 centów.
Więcej o irladzkim budżecie w polskim wydaniu Financial Times.
Tagi:
irlandia
piątek, 4 grudnia 2009
Dlaczego 1984 nie będzie jak 1984
Jest rok 1984 i dominacja IBM-a wydaje się niezagrożona. Apple ze swoim Macintoshem wydaje się być jedyną nadzieję na wyzwolenie ludzkości od strachu i wszechwładnej kontroli. Wielki brat IBM szykuje się, aby zdławić ostatnie światełko nadzieji. Czy George Orwell miał rację?
Uznawana dzisiaj za jedną z najważniejszych, reklama Macintosh-a, nie miała łatwych początków. Przyjęta chłodno przez członków zarządu Apple'a. Współzałożyciel spółki Steve Wozniak, zaoferował nawet, że z własnej kieszeni zapłaci za emisję reklamy, aby przełamać opór. Reklama została pokazana po raz pierwszy 22 Stycznia 1984 podczas finału Super Bowl.
Prawie wszyscy znamy tą reklamę i można by sądzić, że niczym w bajce braci Grimm historia zakończyła się dobrze i wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Prawda jest jednak nieco inna. Rok później w wyniku wewnętrznej walki o władzę ze spółki odszedł Steve Jobs.
Pomimo premiery Macintosha Apple nie zrezygnowało z produkcji opeartego na innej platformie komutera Apple II wysyłając tym samym na rynek rozbieżne sygnały. Tani komputer domowy Apple II oraz drogi system dla profesjonalistów - Macintosh.
Apple walczył z IBM PC wypuszczając na rynek coraz to nowe Macintoshe: Quadra, Centris, Performa. Słaby marketing, zbyt dużo modeli, trudne do rozróżnienia specyfikacje techniczne zniechęciły konsumentów rujnując reputację spółki, której wcześniejszym atutem była właśnie prostota oferty.
W 1994 roku Apple zaszokował rynek przystępując do aliansu z IBM-em, którego celem było stworzenie nowej platformy komputerowej. Rezultat to rodzina Power Macintosh wykorzystująca procesory PowerPC - może nie do końca klapa, ale też nie wielki sukces.
Tak więc mimo obiecujących początków rok 1984 był dla Apple początkiem 12-letniej drogi przez piekło. Od połowy lat osiemdziesiątych cena stała w miejscu, a po 1995 roku Apple zaczął szybko zmierzać ku przepaści.
W końcu w 1997 Gil Amelio został zwolniony przez radę nadzorczą z funkcji szefa spółki, co utorowało Jobsowi drogę do przejęcia ponownie sterów władzy.
Resztę historii znamy. iPod i nowa linia Mac-ów odmieniły losy firmy, dostarczając jednego z najbardziej spektakularnych przykładów "odnowy" przedsiębiorstwa. Zresztą Apple nie jest jedną firmą, która przeszła drogę z nieba do piekła i z powrotem. Ironicznie, Orwellowski IBM z 1984 roku miał również swój krytyczny moment kilka lat później. Dzisiaj Sony wydaje się w potrzebie. Walkman zjedzony przez iPoda, Playstation nadgryzane prze Xboxa, Sony Reader przyćmiony przez Amazon Kindle. Reszta elektroniki pod presją cenową na hyperkonkurencyjnym rynku. W cyfrowym świecie, trudno odnaleźć się analogowemu gigantowi. Co się stało ze dawnym Sony podbijającym rynek rewolucyjnymi produktami, będącą w awangardzie Japońskich spółek wykupującym amerykańskie perełki biznesu (przejęcie CBS i Columbia Pictures). Czy pierwszy nie-japoński prezes Howard Stringer przywróci firmie jej dawne miejsce?
Jaka firma w Polsce może być przykładem udanej 'odnowy'?
Uznawana dzisiaj za jedną z najważniejszych, reklama Macintosh-a, nie miała łatwych początków. Przyjęta chłodno przez członków zarządu Apple'a. Współzałożyciel spółki Steve Wozniak, zaoferował nawet, że z własnej kieszeni zapłaci za emisję reklamy, aby przełamać opór. Reklama została pokazana po raz pierwszy 22 Stycznia 1984 podczas finału Super Bowl.
Prawie wszyscy znamy tą reklamę i można by sądzić, że niczym w bajce braci Grimm historia zakończyła się dobrze i wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Prawda jest jednak nieco inna. Rok później w wyniku wewnętrznej walki o władzę ze spółki odszedł Steve Jobs.
Pomimo premiery Macintosha Apple nie zrezygnowało z produkcji opeartego na innej platformie komutera Apple II wysyłając tym samym na rynek rozbieżne sygnały. Tani komputer domowy Apple II oraz drogi system dla profesjonalistów - Macintosh.
Apple walczył z IBM PC wypuszczając na rynek coraz to nowe Macintoshe: Quadra, Centris, Performa. Słaby marketing, zbyt dużo modeli, trudne do rozróżnienia specyfikacje techniczne zniechęciły konsumentów rujnując reputację spółki, której wcześniejszym atutem była właśnie prostota oferty.
W 1994 roku Apple zaszokował rynek przystępując do aliansu z IBM-em, którego celem było stworzenie nowej platformy komputerowej. Rezultat to rodzina Power Macintosh wykorzystująca procesory PowerPC - może nie do końca klapa, ale też nie wielki sukces.
Tak więc mimo obiecujących początków rok 1984 był dla Apple początkiem 12-letniej drogi przez piekło. Od połowy lat osiemdziesiątych cena stała w miejscu, a po 1995 roku Apple zaczął szybko zmierzać ku przepaści.
W końcu w 1997 Gil Amelio został zwolniony przez radę nadzorczą z funkcji szefa spółki, co utorowało Jobsowi drogę do przejęcia ponownie sterów władzy.
Resztę historii znamy. iPod i nowa linia Mac-ów odmieniły losy firmy, dostarczając jednego z najbardziej spektakularnych przykładów "odnowy" przedsiębiorstwa. Zresztą Apple nie jest jedną firmą, która przeszła drogę z nieba do piekła i z powrotem. Ironicznie, Orwellowski IBM z 1984 roku miał również swój krytyczny moment kilka lat później. Dzisiaj Sony wydaje się w potrzebie. Walkman zjedzony przez iPoda, Playstation nadgryzane prze Xboxa, Sony Reader przyćmiony przez Amazon Kindle. Reszta elektroniki pod presją cenową na hyperkonkurencyjnym rynku. W cyfrowym świecie, trudno odnaleźć się analogowemu gigantowi. Co się stało ze dawnym Sony podbijającym rynek rewolucyjnymi produktami, będącą w awangardzie Japońskich spółek wykupującym amerykańskie perełki biznesu (przejęcie CBS i Columbia Pictures). Czy pierwszy nie-japoński prezes Howard Stringer przywróci firmie jej dawne miejsce?
Jaka firma w Polsce może być przykładem udanej 'odnowy'?
Tagi:
apple,
biznes,
reklama,
sony,
steve jobs
Subskrybuj:
Posty (Atom)










