poniedziałek, 22 listopada 2010

Irlandia prosi o pomoc

Najgorzej trzymany sekret ostatnich kilku dni został w końcu potwierdzony przez premiera Irlandii. Mimo że miły starszy pan z MFW od kilku dni jest w Dublinie, rząd cały czas zaprzeczał, że toczą się jakiekolwiek rozmowy w sprawie zagranicznej pomocy. Wczoraj jednak Irlandia formalnie wystąpiła z prośbą o pomoc. Europejski Bank Centralny i Międzynarodowy Fundusz Monetarny pożyczą Irlandczykom 80-90 miliardów Euro, potrzebne do tego, aby państwo mogło przez kolejne trzy lata finansować swoje wydatki.


Wymienioną tu sumę należy przyjmować z pewną doza sceptycyzu. Dotyczas przedstawiane przez rząd szacowania kosztów kryzysu okazywały się grubo niedoszanowane. Dzisiaj rano Goldman Sachs okreśił swoją wycene na poziomie 95 mld, a niektórzy ekonomiści oceniają, ze może to być nawet 120 mld. W moim odczuciu nie istotne jaka to suma, gdyż nawet w optymistycznym scenariuszu państwo będzie miało olbrzymie kłopoty ze spłatą. Na koniec 2009 roku zadłużenie Irlandii to 75 mld Euro, a koszt obsługi tego długu to 2.5 mld. Oznacza to, że już teraz niemal 8% przychodów z podatków wydawanych jest na spłatę odsetek. Biorąc pod uwagę, że w ciągu kilku lat wartość długu może się z łatwością podwoić to nietrudno sobie wyobrazić koszty obsługi zadłużenia w wysokości 5-6 mld Euro rocznie.

Dlaczego zakładam, podwojenie wartości długu? Tylko w 2010 deficyt budżetu wyniesie około 20 mld. W następnym budżecie bez wątpienia MFW wymusi drastyczną redukcję tej sumy, ale nie oszukujmy się, że z roku na rok dziura zostanie zasypana. Rząd ocenia, że w nadchodzącym roku zaoszczędzi 6 mld, co pozostawia nas 14 mld na minusie. Tak więc zakładając ambitny cel deficytu na kolejne lata 2010 (20 mld) 2011(14 mld) 2012(10 mld). Czyli mamy dodatkowe 44 mld zanim jeszcze zaczęliśmy liczyć koszty utrzymania systemu bankowego. W niedawnym artykule w Irish Times, tutejszy ekonomista Morgan Kelly szacuje koszt ratowania banków na 50 mld Euro - przy czym jak sam podkreśla jest to prognoza optymistyczna. Czyli jak dotąd mamy 75 mld zadłużenia na koniec 2009 roku plus 44 mld w kolejnych trzech latach plus 50 mld wtopione w system bankowy. Razem 169 mld Euro, nieco ponad 100% GDP.

Minister finansów Brian Lenihan ogłaszając dwa lata temu gwarancję dla właścicieli bankowych obligacji sugerował, że Irlandzki sposób na kryzys jest najtańszy na świecie. Dzisiaj wcale nie wygląda, że gwarancja taka była dobrym, a już na pewno tanim pomysłem. Teraz Irlandia prosi o pomoc inne kraje, które bez wątpienia będą się starały o podniesienie stawki podatku dla przedsiębiorstw. Obecnie wynosi ona 12.5% i jest bezpośrednią przyczyną dla której wiele międzynarodowych firm inwestuje na wyspie. Firmy farmaceutyczne to tutaj lokują swoje zakłady produkcyjne, firmy takie jak Microsoft, czy Google księgują w Dublinie znaczną część swoich zysków. Jeśli pod zewnętrzną presją podniesiony zostanie ten podatek, to istnieje ryzyko, że te firmy poszukają sobie innego kraju (może z korzyścią dla Polski, która ma również stosunkowo niski 17.5% podatek).

W Dublinie dzisiaj 'bailout' i jego konsekwencje jest niemal jedynym tematem rozmów. Ludzie są zrozumiale oburzeni sposobami w jaki rząd w ciągu ostatnich dwóch lat próbował uniknąć kryzysu. Opinie są podzielone jedni rozpaczają nad utratą suwerenności i straszą Niemcami, inni widzą światełko w tunelu. Ja stawiam na upadek rządu i przyśpieszone wybory po tym jak odrzucony zostanie budżet na 2011. Rząd ma tylko kilkuosobową większość dzięki poparciu niezależnych kandydatów, którzy wątpie, aby mieli ochotę przyłożyć rękę do najbardziej okrutnego budżetu od lat. Coraz więcej jest też posłów w rządzącej partii zarzekających się, że nie przyłożą ręki do cięcia emerytur, czy minimalnej płacy. No i gdy piszę te słowa RTE donosi, że rządowy koalicjant domaga się ogłoszenia daty wyborów na drugą połowę stycznia. Czyli wybory pewne.

Jak żyje się w kraju w którym już niedługo ekonomiczne decyzje podejmowane będą przez MFW? Od dwóch lat mamy kurczącą się gospodarkę i rosnące bezrobocie (obecnie to około 13%). Ci, którzy mają pracę często muszą pogodzić się z cięciami pensji i ograniczonymi bonusami. Kilka ostatnich budżetów przyniosło również zwiększone podatki. Losy nazej rodziny są typowe dla pogrążonej w recesji Irlandii. Moja żona rok niemal równo rok temu straciła pracę, w wyniku redukcji etatów w firmie inżynieryjnej, która mocno odczuła upadek tutejszego sektora budowlanego.Za kilka tygodni kończy się jej  kuroniówka więc szykuje się kolejny cios dla domowego budżetu. W firmie, której jestem współwłaścicielem jak dotąd radzimy sobie z kryzysem nie najgorzej. Obecny rok zapowiada się być najlepszym zarówno pod względem przychodów jak i zysku. Osiągneliśmy to głównie dzięki dobrej opinii wśród klientów, ale również dzięki bacznemu przyglądaniu się kosztom działalnośći. Nie oznacza to jednak, że moja pensja nie ucierpiała - część zjadają podatki jak przykładowo wprowadzony niedawno 2% 'opłata od dochodu'. Na plus należy zaliczyć czynsz za wynajem mieszkania, który w ostatnich dwóch latach spadł z 1400 do 1000 Euro. W sumie jednak z sytuacji w której mieliśmy dwie pensje została tylko jedna, a dodatkowo biorąc pod uwagę perspektywy na kolejne lata staramy się jak najwięcej oszczędzać. To z koleji przekłada się na kłopoty jakie przeżywa branża restauracyjna i rozrywkowa.

Przy tym wciąż uważamy się za szczęśliwców, gdyż nie kupiliśmy nieruchomości. Trzy lata temu omal nie popełniliśmy tego błędu kupując trzy-pokojowe mieszkanie za E320 tysięcy. W tamtym czasie ta suma choć za lokal położony w mało atrakcyjnej części miasta wydawała się okazją. Jednak po bliższym przyjrzeniom się kosztom kredytu, opłatom, długim dojazdom do pracy stwierdziliśmy, że kupno to szaleństwo - najlepsza decyzja w naszym życiu. Teraz pewnie trudno byłoby sprzedać ten sam apartment za E200 tysięcy.

Z punktu widzenia prowadzenia biznesu najgorsza jest niepewność. Niedawno dyskutowaliśmy sytuację klientów naszej firmy. Jedna z nich jest w likwidacji i w najbliższym czasie to co z niej pozostanie zostanie wystawiona na sprzedaż. Dugi klient - bank zostanie zapewne przejęty przez firmę amerykańskiego biznesmena Wilbura Ross-a specjalizującą się w restrukturyzacji przedsiębiorstw. Trzecia to spółka z udziałem skarbu państwa, którą znajdzie się na liście przeznaczonych do sprzedaży dla łatania dziury budżetowej. We wszystkich trzech przypadkach mamy zmianę właściciela, co dla nas, dostawcy usług informatycznych, oznacza niepwenowść. Jakie technologie będą używane w tych firmach po przejęciu? Jak okrojony zostanie budżet na IT? Kto będzie podejmował strategiczne decyzje? Niepewność powoduje, że ograniczamy koszty i powstrzymujemy się od zatrudniani nowych pracowników.

Czy jednak Irlandia jest skazana na ubóstwo i emigrację. Wiele rzeczy w tym kraju daje pewną nadzieję. Jak już wspomniałem wcześniej, jeśli jest jedna rzecz jakiej będzie bronił rząd to niska stawka podatku dla predsiębiorstw. Drugą istotną rzeczą jest łatwość założenia firmy w tym kraju. Zwolennicy 'jednego okienka' w kraju powinni skopiować irlandzkie  rozwiązanie. Założenie firmy jest proste, o wiele mniejsza jest też biurokracja związana z prowadzeniem działalności. Lata prosperity poprawiły znacznie infrastrukturę. Nowa sieć autostrad i zmodernizowane koleje sprawiły, że Cork, czy Galway są znacznie bliżej Dublina niż w niedalekiej przeszłości. Kadra kierownicza, która w ciągu ostatnich dwudziestu lat celtyckiego tygrysa miała okazję zdobyć doświadczenie w zarządzaniu w międzynarodowych koncernach.

No i nie bez znaczenia jest również siła lokalnych społeczności, która pozwala na poważną dyskusję, rozwiązywanie problemów i wzajemną życzliwość mieszkańców na poziomie, osiedla, miasteczka, czy hrabstwa. Niektórzy z pewnością uśmiechną na to moje ostatnie  spostzreżenie, ale sądzę, że Irlandczycy nie do końca zatracili poczucie wspólnoty i w obliczu koniecznych cięć, redukcji wydatków, ta cecha ułatwi im znalezienia sensownego rozwiązania jeśli chodzi o to kto i w jakim stopniu będzie musiał ponieść ich ciężar.

2 comments:

  1. Nie peniaj, do gara zawsze będziesz miał co włożyć. A jeśli chodzi o społeczność i powiązania międzyludzkie na tzw. szczeblu lokalnym to to jest coś czego brakuje nam w Polsce. Wydaje mi się, że w tym będzie tkwiła siła społeczeństwa irlandzkiego w nadchodzącej dekadzie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie peniam. Chciałem tylko pokazać jak kryzys przekłada się na życie przeciętnej rodziny. Jak pisałem prawdziwe tragedie rozgrywają się tam gdzie ludzie tracą pracę mając na karku olbrzymie kredyty mieszkaniowe i mieszkanie, które jest warte połowę swojej wartości z przed trzech lat.

    OdpowiedzUsuń